wtorek, 14 listopada 2017

Gozo i Malta - leniwe i spokojne wakacje



Mój tegoroczny urlop zaplanowałam już rok wcześniej. Taka forma spędzania czasu w gronie przyjaciół i znajomych bardzo mi odpowiada. Na wyjeździe wrześniowym było nas 16 osób (8 par). Oczywiście sama bym tego do końca nie spięła. Poprosiłam o pomoc  moją przyjaciółkę Justynkę, z którą już bywałam  na Jej autorskich wojażach.  I tym razem nie zawiodłam się. Wszystko było dopięte i perfekcyjnie dopracowane. Pomysł wyjazdu okazał się być strzałem w 10, bo nie było osoby, która byłaby niezadowolona z takiej formy wypoczynku. Wynajęte mieliśmy 2  10-osobowe domy (tzw. farmhouse, z których  Gozo słynie), połączone  tajemną furtką w ogrodzie. Dzięki temu wszystkie posiłki jadaliśmy wspólnie na tarasie. Tu również spędzaliśmy nasz wolny czas podczas wieczornych biesiad. Doskonałe jedzenie popijane lokalnym winem z lekko słonawym posmakiem (Issland effect), spora dawka humoru, otoczenie bliskich osób, klimat i spokój wyspy, bez tłumów... Możecie uwierzyć mi na słowo – było cudnie:-) Dziewczyny rozpieszczały nas gozańskimi przysmakami, przygotowując pyszne posiłki i zaskakując różnorodnością smaków. Między innymi dlatego preferuję  wyjazdy w takiej formie. Oczywiście sama też miałam malutki wkład w te doznania;-)
Podróż rozpoczęliśmy zbiórką na lotnisku we Wrocławiu, z którego mieliśmy lot na Maltę (około 2,5h). Stamtąd autobus zawiózł nas  na prom do miejscowości Cirkewwa. Po 30 minutach byliśmy już na Gozo.  Do miejscowości Xaghra, gdzie rezydowaliśmy mieliśmy bardzo blisko. Trasę taką pokonywaliśmy kilkakrotnie, bo oprócz Gozo poznawaliśmy również największe atrakcje Malty.
Poniżej zdjęcia z naszej wyprawy. Z założenia to nie miała być  stricte wycieczka, ale raczej relaksowy, luźny wypad. Jednak  jedno  nie wykluczało drugiego.  



Nasze zwiedzanie wyspy zaczęliśmy od  Zatoki Dwejra, gdzie znajduje się między innymi słynne Azure Window, które na nasze nieszczęście w marcu tego roku  zawaliło się do morza.
Skalny most w wyniku erozji skał uległ zniszczeniu.
Miejsce to jest obowiązkowe dla każdego turysty i jest chyba najbardziej rozpoznawalnym punktem tego kraju.
Upamiętnione w wielu filmach niestety nie raduje już naszych oczu. Wielka szkoda ;-( 




Mieliśmy szczęście, że z naszej miejscowości  było zejście do największej dziewiczej plaży na Gozo, z zaskakującym pomarańczowym kolorem piasku  - Ramla Bay. Obraz, który nam się ukazał był niesamowity i zaskakiwał.  Z każdego punktu widokowego  radował oko.
Zapewne latem plaża jest oblegana przez miejscowych i turystów.
We wrześniu była akceptowalnie "zaludniona";-) Pozwoliła nam na miły odpoczynek.

 






Mieszkaliśmy niecałe 5 km od stolicy Gozo - Victorii, zwanej przez miejscowych Rabatem.
Najważniejszym punktem na planie miasta jest Cytadela, która po ataku Turków w połowie XVI wieku została odbudowana i tym samym zyskała należytą rangę.
Obecnie widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
To z jej murów podziwialiśmy otaczający krajobraz. Spacerując ulicami miasta podziwialiśmy zaułki i ganki domostw.
 





Kolejnym punktem obowiązkowym pobytu była Mdina - dawna stolica Malty, określana mianem The Silent City – Ciche Miasto.W mieście obowiązuje zakaz ruchu kołowego. Mogliśmy za to usłyszeć tupot końskich kopyt zaprzęgniętych do karet, które służą za atrakcyjne taksówki. Na murach domów widnieją tabliczki nakazujące spokój.
Mimo wielu turystów można zaszyć się w labiryncie wąskich i pustych uliczek, podziwiając widoki z murów miasta.



Do Valetty w trakcie naszego pobytu pojechaliśmy 2 razy. Jest to najmniejsza stolica europejska. Największą atrakcją miasta są górne ogrody Barrakka. Oferują zwiedzającym  zacienione miejsca, idealne na gorące dni i przede wszystkim ukazują z tarasu obrazy, które zapierają dech w piersiach.Stojąc na głównym punkcie widokowym po prawej stronie podziwiamy południową stronę miasta z widokiem na Grand Harbour, zaś po drugiej stronie portu widzimy maltańskie Trójmiasto – Vittoriosa, Senglea i Cospicua. Można tam się dostać promem. My jednak nie mieliśmy na  tyle czasu, ale na pewno jeszcze tam wrócimy, bo czujemy niedosyt;-) Odwiedzając Valettę raczej nastawiliśmy się na spacerowanie uliczkami schodzącymi do morza i degustacją lokalnego maltańskiego wina.

 






Do Marsaxlokk (kolejne pocztówkowe, najbardziej rozpoznawalne miejsce) pojechaliśmy na kolację, na obowiązkową świeżą rybę. Wioska słynie z targu rybnego odbywającego się codziennie wzdłuż portu. Zacumowane maltańskie łodzie  Luzzu w typowych żółto-niebiesko-czerwonych kolorach widnieją w całej zatoce portowej. Są one z jednej strony atrakcją turystyczną, ale z drugiej wciąż służą rybakom  do połowu ryb.


Miłe popołudnie spędziliśmy w Xlendi, wiosce rybackiej położonej nad piękną zatoką u podnóża wapiennych klifów. Zatokę okala promenada z licznymi kawiarenkami i restauracjami. Owoce morza podawane tam smakują wybornie:-)


 



Podczas tygodniowego urlopu nie mogło zabraknąć plażowania na Blue Lagoon położonej na wyspie Comino. Można tam dopłynąć wynajętą łodzią, a za dodatkową opłatą miły pan zrobił nam przejażdżkę dookoła wyspy. Turkusowy kolor wody i groty wydrążone w skałach - ten widok najbardziej zapamiętam...Krajobraz laguny można było podziwiać  z wielu miejsc, na które  udaliśmy się w ramach spaceru i ucieczki od tłumów. Choć mi akurat ten tłum nie przeszkadzał. Płytka woda z białym pisakiem na dnie wzbudzała radość porównywalną z dziecięcą euforią;-) 




Blue Grotto (Błękitna Grota) to jeden z najbardziej malowniczych zakątków Malty.Swoją nazwę zawdzięcza intensywnemu kolorowi wody, oświetlanym przez wpadające do groty promienie słoneczne. Popularne są wycieczki łodzią do jej  wnętrza.  Po zawaleniu Azure Window Blue Grotto staje się następcą do miana  najbardziej rozpoznawalnego punktu wyspy. 


Gozo okazało się być wyspą uroczą, leniwą i spokojną. Wolną od tłumu turystów.Właśnie taką, jakiej oczekiwaliśmy:-) Dużo bardziej przychylną od Malty - przynajmniej w naszym odczuciu. Mieliśmy okazję poznać tubylców, którzy darzyli nas ogromną sympatią i życzliwością. Poznaliśmy kuchnię gozańską, zbliżoną  do włoskiej, posmakowaliśmy słonego wina lokalnego (Issland effect).Na pewno na Gozo wrócimy. I polecam Wam to miejsce na wakacyjny wypad. Od nas samych zależy jak chcemy spędzić tam czas i gdzie chcemy być zakwaterowani. Czy tak jak my  w farmhouse, czy w którymś z hoteli. Każde miejsce ma swoje plusy i minusy. Wiem też, że są organizowane wycieczki na Gozo specjalnie dla miłośników  filmu "Gry o tron". To zakrawa na fanatyzm, ale czyż realizacja pasji to nie jest sens naszego życia;-)? Na jedną z takich wycieczek można wybrać się z Itaką (klik). 








Kto wie, może zimą wrócę do wspomnień i podam Wam więcej szczegółów z naszych biesiad, pokażę co jedliśmy.
Oczywiście przeważały ryby i owoce morza.
Co mnie najbardziej zaskoczyło? Sklepy.
Nie było tam żadnych supermarketów jak w dobrze znanych miastach Europy.
Raczej takie sklepiki, w których serwowano tzw. "mydło i powidło".
A jak szukałam lokalnych przysmaków to na półkach widziałam nasze rodzime produkty. Serio, wafle i słodycze nasze polskie ;-)
Czyli raczej oprócz wina i serów nic nie oferowali turystom. Szkoda...
 
*Zdjęcie z jaskini z widokiem na Rambla Bay autorstwa Pauliny Sochy, naszej przewodniczki na wyjeździe. 
 

poniedziałek, 6 listopada 2017

Pieczarki faszerowane


Tak przygotowane  pieczarki robię już blisko 20 lat. Nie zdawałam sobie sprawy, że to już tyle lat minęło, kiedy natknęłam się na nie  w Wysokich Obcasach. Ale to faktycznie było jeszcze w latach 90-tych;-) Obsmażone na patelni nie są może zbyt dietetyczne, ale gwarantuję, że smakiem powalają i od czasu do czasu możemy sobie na małe szaleństwo kulinarne pozwolić;-)
Duży wybór patelni i akcesoriów kuchennych znajdziemy na stronie z wyposażeniem kuchni DoGotowania.pl . Zmieniając kuchnię swoją na indukcyjną musiałam wymienić wszystkie swoje patelnie i garnki, a tam znalazłam fajne rozwiązanie w postaci adapteru, które pozwala na używanie naczyń nie przystosowanych do indukcji. Dzięki temu, ku uciesze mojej,  mogę nawet tak starą, zdobyczną na Bawarii, patelenkę używać ;-) Szkoda, że nie znałam takiego patentu wcześniej. Ileż bym zaoszczędziła...

czwartek, 26 października 2017

Papryka pieczona z mięsem mielonym i świeżymi ziołami


Nie wiem jakie  papryki lubicie najbardziej.
Ja co roku czekam na te białe odmiany.
Dzięki swojej delikatności nadają się do faszerowania,
  podkreślają wręcz smak nadzienia.
Zawierają małe gniazda z nasionami i w trakcie pieczenia zachowują swój kształt i wygląd.

niedziela, 22 października 2017

Zupa z zielonek



Mogłabym chodzić do lasu codziennie, zwłaszcza gdy wiem, że jest urodzaj na grzyby.
Będąc 2 tygodnie w Łodzi tylko o tym myślałam. 
Dlatego po powrocie z urlopu pojechaliśmy w nasze miejsca w poszukiwaniu leśnych zbiorów;-)
Najwięcej było zielonek. Podobno ich urodzaj zapowiada końcówkę grzybobrania...Tak mawiała moja babcia. 
Są to ostatnie grzyby, które rosną jesienią. Coś w tym jest, bo innych było jak na lekarstwo.
Zapraszam na aromatyczną zupę z zielonek. Mam nadzieję, że jeszcze nie ostatnią w tym sezonie;-)

wtorek, 17 października 2017

Pulled pork



Tegoroczny urlop mi się dość przedłużył. Wracam do pracy, bloga i życia ;-)
Choć to ostatnie jest nadal dość zaburzone przez to, że mamy na stałe pod opieką naszą niespełna roczną wnuczkę i sami rozumiecie, że po 20 latach bycia mamą przeistoczenie się w pełnoetatową babcię nie jest łatwe;-)
Dlatego ciężko mi jest wygospodarować czas na gotowanie, a co dopiero na robienie zdjęć, obrabianie i wrzucanie wpisów na bloga.
Obiecuję poprawę. Mam nadzieję, że wpisy moje systematycznie będę kontynuować;-)
Może dzisiejszy przepis niech będzie  przykładem  obiadu, który w większej części, robi się sam.
I chyba tak teraz u nas będzie;-)

poniedziałek, 18 września 2017

Czarny chleb Hamelmana z dodatkiem czerstwego pieczywa



Dawno mnie nie było w wirtualnej piekarni...
Kiedy przyszło zaproszenie od Amber na ten wyjątkowy wypiek, nie mogłam go nie upiec.
Zapraszamy na chleb, który wybrał dla nas Gucio, autor bloga Kuchnia Gucia.
Przepis od J.Hamelmana z książki „Chleb” wykorzystujący czerstwe pieczywo.
Zaskakujący smakiem. Pyszny. Zapomniałam o obowiązkowej czarnuszce do posypania, ale przy najbliższej okazji nadrobię tę stratę, bo wrócę do niego na pewno:-)

czwartek, 14 września 2017

Gulasz wołowy z pieczoną kaszą jęczmienną


Przyszedł czas na rozgrzewające strawy:-)
Gulasz podany z pieczoną kaszą zawsze wywoływał uśmiech na mej twarzy;-)
Problemem był tylko dobór kaszy, bo połowa towarzystwa preferowała gryczaną, a połowa jęczmienną.
I odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu były do wyboru zawsze te 2 kasze.
Dzisiaj podałam jęczmienną, bo nie było nikogo, kto walałby gryczaną;-)
A Wy którą wolicie?